Lokalna Grupa Działania Puszcza Kozienicka

Kozienickie gawędy

  • Cygańska bryczka

    Zdjęcie

    Coraz ciemniej i chłodniej się robiło a deszcz padał dzień cały, aż drogi wszystkie rozmiękły. Gdy słońce zaszło i noc nastała żadnym nie rozjaśniona światłem, na drodze zwanej „Królewskim traktem” rżenie kilku koni usłyszeć można było. Wtem księżyc na niebo wstąpił i sierpem swym złotym wstęgę czarną przeciął. W łunie srebrnej można dojrzeć było sylwetki trzech mężczyzn, mokrych i zabłoconych, które wóz załadowany po brzegi pchać do przodu próbowały. Nagle głosy jakieś z gęstych zarośli wydobywać się zaczęły. – Niech będzie pochwalony – Na wieki wieków – A dokąd to panowie w nocy tak ciemnej jedziecie – My posłowie z Litwy jesteśmy, do Krakowa prędko zmierzamy – A wy ktoście? -Ja jestem cygan z pobliskiego taboru. Pomocy wam udzielić przybyłem, bo głosy wasze z daleka się niosą. Na dworze ciemno i mokro, do rana daleko. Pójdźcie ze mną do obozu, kiedy nie macie schronienia. Posłowie na propozycje przystali. Wóz wspólną siłą wyciągnęli i do taboru zawlekli. A tam dziwy wszelkie, tańce, śpiewy i stroje kolorowe. Nawet tresowany niedźwiedź, przebrany za pana tańcował. Siedli panowie zaraz przy ognisku. Strawy w miskach dostali. A żeby im milej się zrobiło skrzypeczki cichutko nad uchem im grały. Cyganie ciekawie rozpytywać o wszystko ich zaczęli, przy tym gorzałeczki mocnej nie żałując. Rozwiązały się wnet języki młodzików, przechwalać się zaczęli, jakie to bogactwa ze sobą dla króla wiozą. Posłyszała to siedząca obok stara cyganicha a mina tajemnicza na twarzy jej gościła. Świt już dobiegał, gdy kupcy do drogi szykować się zaczęli, tabor próbując po cichu opuścić. Wtem skrzyp bryczki u wozu starą cygankę obudził, która zaraz ze swego namiotu wylazła i pluć pod stopy posłów zaczęła. – Podzieliliśmy się wczoraj z wami chlebem i schronieniem, a dzisiaj słowem złym podzielić się chcemy. Kto towarzyszy jak złodziej opuszcza, złym tylko człowiekiem być może. Słowo moje jak zły szeląg zaraz do was trafi i zimnem swoim w wasze kamienne serca uderzy. Bo kto nieczułym był na dobro, na zawsze zimnym pozostać musi. Posłowie nie wiedzieli co ze sobą zrobić, czmychać czym prędzej im nogi kazały. Lecz na daremno bo wraz z bryczką w kamień zaczęli się nagle zamieniać. Dziś stoi w Puszczy Kozienickiej głaz „Cygańska bryczką” zwany, pod którym podobno cyganie przeklęte skarby z wozu zakopali. Ludzie powiadają, że w pełnie księżyca, gdy dobrze ucha nadstawić można ciche rżenie koni poselskich usłyszeć.

  • Cztery Kopce

    Zdjęcie

    Dawno, dawno temu żył w Kozienicach młody kupiec. Zachłanny był bardzo, więc w pogoni za pomnażaniem majątku, nawet czarna magia zaczął się parać. Pewnego razu wyczytał ze starych ksiąg, jak diabła przywołać. Wnet zapragnął te sztukę wypróbować. Udał się, więc w nocy do puszczy – miejsce bezludne i puste. Tam wygłosił znalezione zaklęcie. Ledwie skończył, naraz zagrzmiało, błysnęło i przed kupcem pojawił się sam diabeł. Nie minęło wiele czasu, a dogadali się ze sobą i pakt zawarli. Zgodnie z cyrografem kupiec obiecał oddać swoją duszę. W zamian za to diabeł skarbów całe mnóstwo miał mu sprawić i tydzień wolności dać mu obiecał, aby się tym bogactwem mógł nacieszyć. A żeby wszystko przed chciwym okiem ludzkim schować, polecił kupcowi skarbce z desek wybudować i ziemia je potem nakryć. Jak rzekł tak się stało. Z pomocą diabła przed świtem cztery kopce stanęły. W pierwszym złota było co niemiara. W drugim talary srebrne brzęczały. Trzeci zaś pełen był klejnotów. Czwarty kopiec diabeł sprawił sobie, by wygodnie na duszyczkę w ukryciu czekać. Kupiec zaraz za pas złota napchał, sakiewkę talarami nabił, a za pazuchę precjozów nałożył i wnet do miasta wyruszył. Tam zaś jak wielki pan sukna na nowy żupan zakupił, a w karczmie suto sobie podjadł i wypił. I tak miło mijały mu kolejne dni, aż tydzień miał się ku końcowi. „Co by tu zrobić? Jak diabła przechytrzyć? – myślał kupiec. Wnet nagle myśl sprytna do głowy mu wpadła: wczesnym świtem do czarciego kopca się podkradnę i deski przepiłuję. Wtem sklepienie się na biesa zawali i złą siłę do piekła pośle. I tak też zrobił, lecz głupi nie nie wiedział, że diabeł – budowniczy wszystkie kopce ze sobą połączył. A deskę uszkadzając, tym samym wszystkie kopce ze skarbami na zawsze w ziemi pochował. Od tamtej pory ludzie powiadają, że bogactwa nadal w ziemi się znajdują. A pod dzisiejszą leśniczówką wejście tajemne do kopców jest ukryte.

  • Diabelski Mostek

    Zdjęcie

    Na rzece Żała, tam gdzie dziś rozciąga się malowniczy staw, w dawnych czasach były moczary i bagna, nad którymi unosił się drewniany mostek. Legenda mówi, że pod mostem tym diabeł zakopał ogromny skarb, złożony ze złota, srebra i diamentów. W pilnowaniu klejnotów pomagały mu czarownice, które w noc świętojańską urządzały w puszczy sabaty, doglądając przy tym cennego kwiatu paproci. Wielu chciwych śmiałków z bijącym sercem oczekiwało samej północy, ażeby zdobyć kwiat cudowny, pełen czarodziejskiej mocy. A, że paproć objawia się tylko na chwilę i w mgnieniu oka natychmiast niknie niełatwo go zdobyć. Pojawieniu się jego towarzyszą grzmoty oraz pioruny. Jeśli to nie odstraszy poszukiwacza wówczas w całej brzydocie swej pojawia się sam diabeł a kwiat zaraz za nim. Powieść ludowa głosi, że znalazł się śmiałek Jaśko, który diabła i czarownice oszukał, goszcząc się z nimi gorzałką ich częstował. A gdy o północy diabeł i wiedźmy się popili, kwiat paproci zerwał. Ujrzał wtedy skarby wszelakie pod mostem przez diabła ukryte. Chyżo wtedy na mostek chciał wbiec, lecz zahaczył o leżący obok kamień i runął na deski jak długi. A że chłop był rosły mostek się pod nim zawalił a sam w wodzie się skąpał. Wtedy diabła obudził, który chłopa ze złości do piekła wnet strącił. Dzisiaj mostek jest murowany, lecz nadal ludzie powiadają, że diabły skarby tam chowają i po nocach śmiałków straszą.

  • Jastrzębia Droga

    Żył sobie kiedyś w Puszczy Kozienickiej młody chłopak Bożydar, który był butny i nikogo nie słuchał. Prosiła go matka aby się słuchał, prosił go ojciec, by od domu daleko nie odchodził, a on tylko głową kręcił i na poszukiwanie zakopanego skarbu chciał wyruszyć. Zasłyszał kiedyś od starszych, że w środku puszczy skarb pod wielkim dębem się kryje, a kto go odkryje bogatym do końca swych dni będzie. Wyszedł więc z domu o świcie, kiedy rodzice mocno spali, zabierając ze sobą kawałek chleba i wody butelkę. Szedł kilka dni nim do środka puszczy doszedł. Tam dostrzegł ogromne drzewo, pod którym kopać zaczął. Wnet pojawiła się czarownica, która skarbu strzegła i pytać go zaczęła: co jest dla niego największym skarbem, czy złoto, dzięki któremu będzie żył jak pan, czy miłość matczyna. Bo jeśli złoto wybierze to matki już nie zobaczy. Bożydar zastanawiać się zaczął bo i jedno i drugie miłe mu było. Pomyślał wszakże, że jak złoto wybierze to i pracować więcej nie będzie musiał. Wtem ziemia się rozstąpiła i skarb w szczelinie ogromny zobaczył, lecz łezka w oku mu się zakręciła na myśl o matce. Jednak było już za późno, decyzja podjęta. Żal się wiedźmie chłopaka zrobiło, że za matką łzy wylewał i na odwiedziny zezwoliła. Mimo wszystko warunek jeden postawiła, jeśli złota się wyrzeknie i będzie z nią skarbu pilnował to codziennie między nocą a świtem, gdy jutrzenka swe konie zaprzęga będzie mógł na chwile odwiedzać rodzinną chatę. A żeby zdążył to czynić w jastrzębia go przemieniła. Od tamtej pory jastrząb codziennie w drogę wyruszał – od chaty rodzinnej do miejsca ukrytego skarbu. Starzy ludzie powiadają, że gdy się dobrze przyjrzeć to o świcie widać jak cień jastrzębia nad drogą się porusza. A wytrwałym obserwatorom jego lotu, miejsce skarbu skrzydłami wskazuje.

  • Legenda o Cudownym obrazie

    Zdjęcie

    W prawej nawie kościoła od ponad 300 lat znajduje się cudowny obraz Matki Bożej Wysokolskiej, do którego prowadzą 24 schody. Obraz jest pochodzenia zachodniego, nieznanego autorstwa. Namalowany został farbą olejną na desce lipowej, na wzór wizerunku z Częstochowy, z tą różnicą, że w prawej ręce Matka Boża trzyma różę. Obraz przywieziony został z Moskwy przez Marię Kalinowską, żonę cześnika czerwonogrodzkiego. Podobno sam car Aleksiej Michałowicz podarował cześnikowej obraz Matki Bożej. Wracając z Moskwy Kalinowska zawiozła obraz do Lwowa i w 1677 roku podarowała go krewnemu, niejakiemu Antoniemu Krzysztofowi z Końskich Bębnowskiemu, który poświęcił Go przed cudownym obrazem Matki Bożej Sokalskiej i zawiózł do Zarudzia koło Zamościa. Tam otrzymać miał we śnie trzykrotne objawienie od Matki Bożej wraz poleceniem: „Płaczę iście mnie już zapomnieli. Chcę, abyś Mnie oddał do pustego kościoła w Wysokim Kole”. Widzenia miała mieć także żona Bębnowskiego. W 1684 roku obraz Matki Bożej został wprowadzony do kościoła w Wysokim Kole, gdzie zaopiekować się nim mieli sprowadzeni z Lublina dominikanie. Wkrótce wizerunek Matki Bożej zasłynął objawieniami, łaskami i cudownymi uzdrowieniami chorych. Jednym z nich miał być książę Jerzy Lubomirski, który przed obrazem Matki Bożej Wysokolskiej odzyskać miał wzrok. Wszedł do kościoła prowadzony przez żonę a wyszedł o własnych siłach, mówiąc: „Podziękujcie za mnie Lekarce mojej, Najświętszej Pannie, że mnie uzdrowiła na oczy”. Podobne świadectwo złożył biskup Jan Czerniak, sufragan gnieźnieński: „W czasie II wojny światowej przebywałem w Wysokim Kole. Przygnieciony groźnymi chorobami, znajdowałem się w obliczu śmierci […] Pobożni wierni nie przestawali się gorąco modlić wobec Obrazu Wysokolskiej Pani […] Tym prośbom zawdzięczam swoje zdrowie…”. Od tego czasu obok obrazu zaczęły pojawiać się liczne wota. W 1833 roku, według legendy, obraz w tajemniczy sposób ocalał z pożaru i odnalazł się na łące koło Sieciechowa. Stamtąd w uroczystej procesji powrócił do Wysokiego Koła. Podobnie było w czasie II wojny światowej, kiedy to świątynia w Wysokim Kole uległa poważnym zniszczeniom, ale obraz przetrwał bez zmian. 18 sierpnia 1974 roku koronacji obrazu dokonał Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński.

  • Legenda o Jeziorze Czaple

    Zdjęcie

    W południowo – wschodniej części powiatu kozienickiego leży Sieciechów, gdzie w promieniach słońca migoczą i szepczą mową tajemną fale Jeziora Czaple. Nie zawsze ono tam było. Dawno temu, kiedy gęste lasy porastały tutejsze ziemie, w miejscu gdzie dzisiaj zalega Jezioro Czaple stała słynna warownia palatyna Sieciecha. W tych okolicach, nad brzegami Wisły, rycerstwo polskie stoczyło krwawą bitwę z pogaństwem. Ze strony naszej zginęło wtedy 10 000 rycerzy, a z pogaństwa wiele więcej. Ciała poległych w Wiśle zatopiono, a że było ich ogrom to tak się zwarły, że bieg wody zatamowały. Zmuszona rzeka wyrznęła sobie w prostszej linii obecne koryto, zalewając gród cały. Następnego dnia po zamku nie pozostało już ani śladu. Na jego miejscu szumiało już głębokie, podłużne jezioro. Od tego czasu powiadają o zatopionych tam skarbach. Wśród nich miały się znajdować denary palatyna Sieciecha – bo jak donoszą historyczne źródła, to właśnie w Sieciechowie wybijano pierwsze w Polsce monety prywatne. Ludzie także powiadają, że zaledwie metr pod lustrem wody natrafić można ma porośniętą wodorostami basztę. Niektórzy widzieli też szczątki ogromnych statków zakopane w mule. Liczni śmiałkowie próbowali nurkować, aby zobaczyć zatopiony gród i ukryte skarby, lecz żaden nie mógł dotrzeć do niego, gdyż jezioro podobno dno ma podwójne.

  • Legenda o Jeziorze Kozienickim

    Zdjęcie

    Kiedy Szwedzi pustoszyli nasz kraj, zaszli także i do Kozienic. 6 kwietnia 1656 roku oddziały Stefana Czarnieckiego dotarły do Zwolenia, gdzie dowiedziały się o odwrocie Fryderyka Badeńskiego, spieszącemu pierwotnie na pomoc Karolowi Gustawowi, uwięzionemu w obozie w widłach Sanu i Wisły. Czarniecki natychmiast podjął decyzję o pościgu i pod Kozienicami uderzył na szwedzką ariergardę o czym pisał Henryk Sienkiewicz w powieści „Potop”: „Wreszcie pod Kozienicami wpadli na ośm chorągwi szwedzkich, pod wodzą Torneskilda. Laudańska, idąca w przodku, pierwsza dojrzała nieprzyjaciela i nie odetchnąwszy nawet, natychmiast skoczyła ku niemu w dym. Drugi poszedł Szandarowski, trzeci Wąsowicz, czwarty Stapkowski. Szwedzi mniemając, że z jakimiś partiami mają do czynienia, stawili w otwartym polu czoło i w dwie godziny później nie pozostała jedna żywa dusza, która by mogła do margrabiego dobiec i krzyknąć, że to Czarniecki idzie. Po prostu rozniesiono na szablach owe ośm chorągwi, świadka klęski nie zostawując. Po czym ruszyli, jakby kto sierpem rzucił, do Magnuszewa, szpiegowie bowiem dali znać, iż margrabia badeński z całym wojskiem w Warce się znajduje”. Część Szwedów wraz z kilkuset wozami pełnymi wojennych łupów oraz armat miała znaleźć śmierć w głębinach kozienickiego jeziora. Nic dziwnego, że do dziś miejscowa ludność opowiada różne dziwy o jeziorze, o zatopionych w nim skarbach oraz szwedzkiej broni i zbrojach.

  • Legenda o Krępcu

    Zdjęcie

    W ostępach leśnych, gdzie dziś położona jest Garbatka żył stary Mliś z córką Anką. Chytry to był chłop i zaślepiony rządzą zysków, więc co dzień z leśnych barci miód niedźwiedzią podkradał. W poszukiwaniu nowych barci coraz głębiej się w puszczę zapędzał, lekceważąc przestrogi starych ludzi, że w bagniskach topielce siedzą , co w odmęty ludzi wciągają. A żeby pieniędzy jak najwięcej do sakiewki upchać córkę do lasu ze sobą zabierał. Razu pewnego gdy o zmierzchu z garncami pełnymi miodu wracali, noga Mlisa ześlizgnęła się z twardej kępy i chłop do bagna wpadł cały. Na oczach córki coraz głębiej w trzęsawisko się zapadał. Anka wnet na pomoc się ojcu z gałęzią rzuciła, lecz stary jak to człek pazerny dzbana z rąk wypuścić nie chciał. Na nic prośby Anki i jej płacz, ojciec zniknął wśród zielonych mchów. Zaś mgliste opary znad grzęzawiska swoje zgniłe łapska ku dziewczynie zaczęły wyciągać. Wnet jak z pod ziemi chłop jak dąb wyrósł a Krępem był zwany. Ankę z oparów torfowiska wyrwał i za Mlisiem w mokradła wskoczył. Za nim zaś podążyła struga czystej wody, która wir tak silny stworzyła, że starego Mlisa z dzbanem w rękach na brzeg wyrzuciła. Wnet bagno przycichło a Kręp jak się pojawił tak zniknął. Od tamtej pory Anka codziennie nad brzegiem bagniska stawała i smutnymi oczyma spoglądała. Aż razu pewnego na bagnisku srebrzyste nitki czystej wody się złączyły, ludzki kształt przybierając i Kręp z wody się wynurzył. Od tej pory zakochani codziennie się spotykali a Kręp o rękę Ankę poprosił. Wyznał jej jednak, że jest duchem leśnym i strażnikiem czystego źródła. Anka tak mocno kochała Krępa, że samotne życie w gęstwinie jej nie przerażało, tylko błogosławieństwo ojca uzyskać by chciała. Gdy prawda na jaw wyszła Mlis w szale na Krępa się rzucił, lecz cwany pomysł w jego głowie zaczął kiełkować. Jako duch leśny – Kręp znać położenie wszystkich skarbów powinien, więc gdy wskaże ich miejsce to miłość do Anki udowodni. Kręp, więc chłopa głębokim wąwozem poprowadził i miejsce ukrycia dwóch skarbów mu wskazał. Pierwszy był dla tych co bogactwa kochają, a szkatułkę pełną złota przedstawiał. Drugi zaś dla tych, co innych kochają- najczystszą, źródlaną wodą. Mliś skarbu nie docenił i oszukany się poczuł. Jednak, gdy łyk wody zaczerpnął i piękno strumienia zobaczył zawstydził się swojej niegodziwości i dzieci zaczął wołać. Od tego czasu zdarza się, że przed wieczorem, gdy wsłuchać się uda w szum potoku, można usłyszeć głos starego Mlisia: Kręp! Anka! Krępczanka, Krępianka.

  • Legenda o królewskim bartniku

    Dawno, dawno temu, w odległych czasach, wśród gęstwiny Puszczy Kozienickiej, stała skromna chata, w której mieszkał wraz z rodziną ubogi bartnik Maćko. Powiadano również, że w tamtejszej kniei trzy albo cztery gniazda niedźwiedzia się kryły. Kiedy król Jagiełło to usłyszał, zaraz zapragnął spotkania z kosmatym, lecz w pościgu za zwierzyną król odłączył się od innych myśliwych i zagubił w gęstym lesie. Po wielu godzinach poszukiwań król dotarł na skraj puszczy, gdzie dostrzegł starą chatę. Zmęczony, ostatkiem sił dotarł do chatki, zapukał i poprosił o nocleg. Gospodarze przyjęli nieznajomego bardzo gościnnie. Zaoferowali mu nie tylko nocleg, ale również nakarmili go i napoili. Rankiem król serdecznie podziękował za gościnę i wyruszył w dalszą drogę. Kilka dni później w podzięce za okazaną mu pomoc, król wezwał chłopa przed swoje oblicze i mianował go królewskim bartnikiem.

  • Legenda o królewskim źródle

    Zdjęcie

    W Puszczy Kozienickiej bije słynne od dawnych lat Królewskie Źródło, z którego wodę miał pić sam król Władysław Jagiełło. Swego czasu biegł przez Puszczę szlak łączący Litwę z Krakowem, który do dziś nosi nazwę Królewskiego Gościńca. Okoliczne lasy kusiły zaś liczną zwierzyną. Pewnego razu drogą tą podróżował król Jagiełło. A że dzień był wtedy bardzo słoneczny i upalny król zapragnął napić się dla ochłody. Niestety nikt nie wiedział gdzie znajduje się źródło. Na szczęście drogą szedł młody chłopiec. Wskazał on nieznajomemu miejsce, znane z bardzo smacznej, orzeźwiającej i krzepiącej wody. Zimna i krystaliczna woda posiadała też znane okolicznym chłopom właściwości lecznicze. Gdy orszak królewski ugasił już pragnienie, król wezwał młodzieńca przed swe oblicze i uściskał ręce młodzika. A że wdzięczność długi nakazuje spłacać, zapytał co może dla niego uczynić. Wtedy chłopiec opowiedział mu historię swojej miłości do cudownej urody dziewczyny. Miłości nieszczęśliwe bo ojciec jej nie chciał się zgodzić na ślub. Król wezwał więc przed swoje oblicze chłopa i przykazał mu, aby nie stawał na drodze ku szczęściu młodym, a chłopakowi wręczył sakiewkę pełną złota. Od tej pory źródło to zwane jest również „Źródłem Miłości” gdyż według legendy pijąc z niego wodę usuwamy wszelkie przeszkody w miłości.

  • Legenda o młynie na Radomce

    Zdjęcie

    Dawno temu nad rzeką Radomką stał stary, wodny młyn „Trawką” zwany. Krążyły o nim dziwne opowieści i nikt po zmroku wolał się nie zapuszczać w te okolice. Gdy pierwszy promień księżyca pojawiał się nad horyzontem, stara budowla nabierała życia. Mówiono, że pojawiają się tam zjawy wszelakie. Stary młynarz również był dziwnym człowiekiem, zboże do mielenia przyjmował tylko w południe, a mąkę oddawał dopiero na drugi dzień. Dodatkowo młynarz nie miał żadnego pomocnika, więc wszyscy w okolicy dziwili się, że sam tak ciężko pracuje. Pewnego razu chłopy z Głowaczowa postanowili podejrzeć co tak naprawdę w młynie się dzieje. O zmroku do budowli cicho się podkradli i przez okienko podglądać zaczęli. A tam praca wrzała, aż się paliło. Koło młyńskie kręciło się jak szalone, a stary młynarz siedział na zydelku i fajkę palił. W rogu zaś poczwara zielona siedziała, z rozczochranymi włosami oraz błoną pławną między palcami, która co żywo mąkę mieliła. Nie minęło dwie godziny jak całe zboże zmielone zostało. Młynarz z sakiewki trzy złote dukaty wyciągnął i wodnikowi do łapska wcisnął. A tamten pochwyciwszy zaraz monety szybko do rzeki wskoczył. Kilka lat później młyn uległ całkowitemu spaleniu, ale okoliczni mieszkańcy powiadają, że płynąc po Radomce można usłyszeć dziwne szumy i szelesty. Niejeden śmiałek próbował też skarb wodnikowy odnaleźć, który ponoć na dnie rzeki nadal spoczywa.

  • Legenda o powstaniu Puszczy Kozienickiej

    Zdjęcie

    Dawno temu, za niepamiętnych czasów, kiedy nie było w Polsce miast, ani wsi Ziemię Kozienicką pokrywała ogromna, nieprzebyta puszcza, pełna magii i czarów. I tylko najstarsi ludzie oraz drzewa, przechowujące pełne cudów wspomnienia, pamiętają legendę o tym, jak ona powstała. Ludzie powiadają, że gdy pewnego dnia Matka Boska szatę swojemu synkowi cerowała kantyczki śpiewając, zawiała tak silny wiatr – hulaka, że igłę i łatkę z nieba upuściła. Igła wnet na Ziemię spadła i w pustą glebę się wbiła. A, że cudowną moc miała, z niej szybko kolejne igły wyrastać zaczęły i tak powstało drzewo iglaste. Niedaleko igły łatka wylądowała, która w liść dębowy się zamieniła. Powiadają także, że któregoś dnia święty Piotr puszczę odwiedził, w której ludzi zabłąkanych zobaczył. I żeby z gęstwiny niepostrzeżenie ich wyprowadzić, paciorki z różańca rzucał na ziemię, które wnet w ścieżki pełne różnobarwnych grzybów i owoców się przemieniały.

  • Legenda o raku z Puszczy Kozienickiej

    Legenda głosi, że żył kiedyś w Puszczy Kozienickiej rak, który na głos się przechwalał, że wszystko potrafi. Co by nie trzeba było zrobić twierdził, że robi to najlepiej. Dotarły te głosy do mieszkańców puszczy, a że zbliżało się święto bartników zachwyceni słowami raka ludzie postanowili prosić go o pomoc. Przynieśli rakowi zatem najlepsze warzywa i mięsiwo, aby zupę na biesiadę ugotował. Rak wnet zaczął się uwijać jak w ukropie, warzywa do garnka wrzucać, ugniatać, mięso na strzępy kroić i kwasem podlewać. A w głowę się przy tym drapać, a wąsy szarpać, szczypce ostrzyć. Spróbowali zupy mieszkańcy i pluć naraz zaczęli, bo zupa kwaśna była, warzywa i mięso zmarnowane. Zdenerwowali się strasznie na raka a ten zaczął się tłumaczyć, że garnki i łyżki złe mu przynieśli, warzywa i mięso zaś stare. Uwierzyli rakowi, że jednak ich to wina i kolejną prośbę do niego złożyli , by ubrania na święto im uszył. Materiały zaraz najdroższe mu przynieśli. Rak materiał na trawie rozłożył, nożycami przyciął i sznurkiem zaczął związywać. Zachwycili się wszyscy robotą raka i przymierzać ubrania zaczęli, prężąc się przy tym na wszystkie strony. Lecz nagle co to? Jednemu rękaw odpadł, drugi w łydce ma za ciasno, trzeciemu ubranie na ciele rozpadać się zaczęło. Z nerwem na raka spojrzeli, a ten jakby nic się nie stało tłumaczyć zaczął, że materiał marny przynieśli i przez to zbiegł się im na ciele. Uwierzyli rakowi po raz kolejny, że to ich wina- bo materiał może i był marny, dawno zresztą kupiony, może już i zleżały. Raka więc szybko przeprosili i kolejną prośbę do niego zanieśli aby ich ostrzygł swoimi wspaniałymi nożycami. Rak szczypce wnet naostrzył, wokół człeków biegać zaczął. Tu brodę przyciął, tam włosy modnie dociął i stanął zadowolony ze swojego dzieła. Wnet krzyk dziewczyn się podniósł bo rak im grube warkocze poobcinał i grzywki porobił a chłopom przedziałki w brodach powycinał. Tego było już za dużo. Zdenerwowani mieszkańcy raka złapali, zanieśli go szybko i do bajora wrzucili. Od tamtej pory nikt raka już o pomoc nie prosił, a rak podobno niczym się już nie przechwalał i w bajorze cicho siedział.

  • Legenda o trzech siostrach – rzekach

    Zdjęcie

    Na skraju dzikiej puszczy, tam gdzie smukłe brzozy srebrnymi listkami cudowne melodie wygrywają żyły sobie trzy siostry, a każda z nich piękniejsza od drugiej. Mieszkały w ubogiej chacie na skraju puszczy, wraz ze starym ojcem. Gdy ojciec umarł postanowiły wyruszyć w drogę, by poszukać lepszego życia. Niestety niełatwa to była wędrówka. Na każdym kroku czyhały na nie różne niebezpieczeństwa, lecz siostry szły dalej nieustraszone. Mimo zmęczenia, uparcie podążały przed siebie. Pewnego dnia na niewielkiej polanie dostrzegły drewnianą chatynkę. Z zaciekawieniem zajrzały do środka. Przy stole niedaleko pieca, siedziała staruszka w szarej pelerynie. Gdy tylko ujrzała dziewczęta zaraz się do nich uśmiechnęła i poprosiła o kawałek chleba, gdyż dawno żadnej strawy nie miała w ustach. Najstarsza z sióstr wyciągnęła ostatni kawałek z lnianego tobołka i lewą ręka podała go babowinie. Jak tyko spostrzegły to siostry zaraz złapały ją za rękę. Wtedy staruszka zrzuciła z siebie odzienie. Nagle oczom sióstr ukazała się młoda kobieta, nieziemskiej urody. „Ty” -zwróciła się do najstarszej siostry – „żyć wiecznie będziesz, boś silna i dobra, swego starej kobiecie nie poskąpiłaś”. „Ty” – zwróciła się kolejno do średniej – „za to, że najdłużej się opierałaś w udzieleniu pomocy, siostrę we wszystkich pracach wspierać będziesz. Ale, że w głębi czyste masz serce, odtąd słabszymi będziesz się opiekować. „A ty” – rzekła do najmłodszej, żeś także pomocy mi nie chciała udzielić, odtąd w pocie czoła ludziom pomagać będziesz. Niemniej jednak kochacie się miłością czystą i przez wzgląd na dobroć najstarszej siostry, razem odtąd swój los będziecie dzielić. Po tych słowach czarownica znikła a z nią drewniana chatka. Wtedy siostry w trzy rzeki zamienione zostały. Najstarsza w silną i odważną Wisłę, której wody na wieki w morzu żyć będą. Średnia w delikatną i nieskażoną Pilicę – najdłuższy lewy dopływ Wisły, której czyste wody pozwalają rozkwitać bogatej roślinności. Najmłodsza w pracowitą i sprytną Radomkę, której wody w młynach i tartakach od wieków pracowały.

  • O zaczarowanej kozie z Kozienic

    W centrum Kozienic na placu 15 Stycznia stoi nietypowy pomnik. Z kamiennego obelisku wybija się do skoku jeleń. Pomnik upamiętnia legendę o początkach Kozienic. Dawno temu w rozległej Puszczy Kozienickiej polował jeden z polskich monarchów. Jego strzała chybiła jednak celu i jedno ze zwierząt, samica sarny, którą myśliwi nazywają kozą, umknęła w głąb puszczy. Król rzekł „Kozie nic” i ruszył za nią w pościg. Jakież było jego zdumienie, gdy na leśnej polanie ujrzał jak jego niedoszła zdobycz stoi spokojnie obok nieznajomego starca. Starzec powstrzymał króla i opowiedział mu niezwykłą historię. Razem z córką Roksaną mieszkał w grodzie na skraju puszczy. Jego córka często przychodziła do lasu zbierać grzyby i jagody. Pewnego razu Roksanę ujrzał leśny duszek i zakochał się w niej bez pamięci. Roksana początkowo obawiała się nieznajomego, lecz ten rozkochał ją w sobie za pomocą magicznych zaklęć. Odtąd razem codziennie spotykali się w puszczy. Kiedy ojciec dowiedział się, że jego córka zakochała się w leśnym duszku, przestraszył się i postanowił wydać ją za bogatego młodzieńca. Leśny duszek z zazdrości zmienił swoją ukochaną w sarnę. Razem zamieszkali w lesie. Jednak Roksana była coraz bardziej smutna i straciła chęć do zabawy. Zrozpaczony ojciec opuścił gród i zamieszkał razem z nią w lesie. Król wzruszony opowieścią starca, zapowiedział: Kozie nic, zakazując w tym miejscu polowania na sarny. Z czasem w puszczy powstała osada królewskich łowców. Na pamiątkę tamtego zdarzenia nazwano ją Kozienicami. Dlaczego jednak w herbie miasta i na pomniku jest jeleń a nie sarna? Na dawnych herbach było zwierzę przypominające sarnę. Artyści jednak z biegiem lat poprawiali herb i sarna zmieniła się w jelenia, który jako zwierzę bardziej reprezentacyjne lepiej na herbie wyglądał.